Przejdź do głównej zawartości

The Corbitt House – Call of Cthulu fanfiction


16 października, 1920. Boston, rezydencja pana Jacobsa

Tamtej nocy nie lśniły nawet gwiazdy. Krople ciężkiego deszczu, który lunął jakby znikąd – przecież zaledwie godzinę wcześniej widzieli zachód słońca na bezchmurnym niebie! – dudniły o parapet, akompaniując płynącej z gramofonu muzyce Blind Williego Johnsona. Chwilami melodia urywała się, jakby ktoś potrącił igłę palcem, zupełnie niezauważana przez gości Rogera Jacobsa.

– Proszę pana – przerwał Earl, zatrzymując się w drzwiach i pukając w samą framugę. – Telefon do pana. Pan Steven Knott chciałby z szanownym panem zamienić słowo.

– Nie mam telefonu – odparł pewnie starszy mężczyzna, gładząc palcami gęsty zarost. Jego oczy, skupione wcześniej na filiżance herbaty, uniosły się powoli na Katherinę – lekarza medycyny sądowej, a zaraz potem na Virginię i Camerona. Spotkał się jedynie z uniesionymi niemal niezauważalnie brwiami.

Telefon nie dzwonił. Im dłużej nasłuchiwali, tym bardziej nagranie wypełniające ciszę zdawało się trzeszczeć i szumieć… Aż w końcu zatrzymało się. Winyl nadal się kręcił, ale słyszeli tylko dudnienie deszczu o blachę.

W niemym oczekiwaniu patrzyli jak Roger podnosi się z fotela i powoli, trzymając się za krzyż, wychodzi z salonu do przedpokoju. Słyszeli szuranie jego kapci po drewnianych panelach i głuchy dźwięk trzaśnięcia drzwiami gdzieś w głębi domu. Nie rozmawiał długo – o ile w ogóle.

– Dziękuję, Earl. – Skinął na mężczyznę głową już u progu. Ten odwrócił się i wyszedł, nie żegnając się nawet z resztą towarzystwa. – Pan Knott zaczyna się niecierpliwić.

– Minęły dwa dni – zwróciła uwagę Virginia, unosząc do ust filiżankę herbaty. – Dom stał pusty przez dwa lata. Dlaczego się niepokoi?

Nikt nie odpowiedział.

– Dlaczego nie dowiedział się niczego o historii Corbitt House, jeśli go interesowała?

– Nie miał czasu, naturalnie – odparł pan Jacobs, odstawiając spodek na stos kartek, zapisanych schludnym pismem Virginii. Tuż obok nich spoczywała przemoczona gazeta (czy nie zdążyli przed deszczem? Starość, pomyślał pochmurnie) i opakowanie tytoniu.

– Pan Knott musi być zajętą osobą. – Misjonarka poprawiła ciasno spięte w koka włosy, ukryte pod czepkiem. Roger uśmiechnął się enigmatycznie, po czym skinął dłonią w stronę ułożonych na talerzu ciastek.

– My także jesteśmy zajętymi ludźmi – Katherine zerknęła na stojący na kredensie zegar. Tuż obok niego stał inny, mniejszy, zupełnie nieruchomy, którego wskazówki zatrzymały się na piątej. Nad pianinem wisiał inny – zdobiony metalowym okuciem przypominającym artystyczne wyobrażenie promieni słońca… Podobnym do ramy malowidła po przeciwnej stronie pokoju.

– Co z moim stażem? – Cameron sięgnął po kubek. Wszyscy inni pili z filiżanek (nie odstawiając małego palca!), jak zdążył już zaobserwować podczas ich wieczornego zebrania. Katherine, Roger i Virginia rozprawiali żywo o historii posiadłości Corbitta, ale w jego umyśle krążyła tylko jedna myśl: co za niegrzeczna służba.

– Staw się jutro w moim domu o szóstej trzydzieści.

Nie wiedział po co. Patrząc na zachmurzoną twarz staruszka, ściągnięte brwi i zaciśnięte w kreskę usta, podejrzewał, że i sam pan Jacobs nie miał pojęcia – ale był dobrym człowiekiem. Zdeterminowanym. O niezwykle bystrym umyśle jak na człowieka, który niemalże stał nad grobem… I właśnie wtedy zrozumiał, że to kosmos władał ich przeznaczeniem.

A jego przeznaczenie było tragiczne. Z tą myślą odprowadził panią Virginię do skrzyżowania, po czym ruszył w swoją stronę, pokrzepiony myślą o kończącym się stażu.

17 października, 1920. Boston, mieszkanie przy Oak Road

Kiedy Cameron wyszedł z rezydencji, wybijało północ. Wróciwszy do domu, wszedł do kuchni – ale i kuchenny zegar wskazywał dwunastą w nocy. Zjadł późną kolację i wziął krótki prysznic, zanim udał się do sypialni.

Pomieszczenie cechowało się dość podłym wystrojem. W żółtawym świetle lampy ustawionej na stosie książek, sfatygowana tapeta wydawała się odłazić od ścian jeszcze bardziej niż zwykle. Łóżko, zaścielone szpitalnie białą pościelą stało w rogu pokoju, tuż obok odrapanej etażerki, na której stała szklanka wody oraz budzik. Obie wskazówki wskazywały północ. Chłopak podszedł bliżej i zapukał paznokciem w szybkę – ale mechanizm pracował spokojnie, wydając z siebie ledwo słyszalne tykanie.

Odstawił go z powrotem na blat. Czy przesłyszał się wcześniej, w rezydencji Rogera Jacobsa? Tak właśnie musiało być – choć serce wciąż drżało mu, jakby po jakimś dziwnym odkryciu. Usiadł na materacu i przez chwilę wpatrywał się w sufit, po czym sięgnął po swoją kulę.

Wziął głęboki wdech, wpatrując się w zniekształcone centrum przedmiotu. Światło zdawało się do niego nie docierać, jakby warstwy szkła je pochłonęły. Widział tylko plamy koloru jego skóry zlewające się w jedno. Przed jego oczami pojawiały się czarne plamy, jakby zaraz miał zemdleć, ale nie potrafił oderwać wzroku. Uszy wypełniły mu się szumem – jakby był pod powierzchnią zburzonej wody.

Płonące oczy wpatrywały się w niego. Zniknęły, zanim zdążył się im przyjrzeć – ale przez ułamki sekundy widział ich złowieszczy, krwawy blask i czuł, jakby tamto spojrzenie przeszło go na wylot. Jego ciało momentalnie stało się słabe, obolałe, ciężkie, owładnięte nagłą sennością, której nie potrafił się oprzeć. Widział gwiazdy – wpełzające do pokoju przez uchylone okno, wijące się jak robactwo na suficie, pełzające po jego ramionach i twarzy. Obce, jakby nigdy wcześniej nawet o nich nie słyszał, aż w końcu…

To nie były gwiazdy.

To płonące oczy, przyczaiwszy się w najgłębszym zakamarku jego umysłu, wpatrywały się w niego. Tamtej nocy miał i inne sny – ale w każdym z nich te same, gorejące ślepia śledziły każdy jego ruch.

Obudził się w skotłowanej pościeli, ze szklaną kulą przytuloną do piersi, kilka sekund przed budzikiem. Na powierzchni szkła pojawiło się kilka nowych rys – na tyle wyraźnych, że zauważył je bez przyglądania się. Umył zęby, przebrał się w swoje codzienne ubrania i zjadł śniadanie – kuchenny zegar wskazywał północ, choć było już widno – po czym wyszedł w stronę rezydencji pana Rogera, zamykając za sobą drzwi na klucz.

Miał nadzieję, że nie zgubi swojego kompletu, chociaż zawsze mógł poprosić o pomoc pannę Montgomery. O ile jeszcze żyła, wpadło mu nagle do głowy… I choć jego samego zaskoczyła ta myśl, serce niemal natychmiast zaczęło mu walić jak szalone. Nie było powodu, dla którego miałoby się tak stać. Była młodą, zadbaną kobietą, ale nie wyrzucił tamtej myśli z głowy przez całą podróż z Rogerem.

17 października, 1920. Boston, szpital psychiatryczny Roxbury

To było trudne spotkanie. I choć na początku zakładał, że sanitariusze przed szpitalem byli najgorszym, co mogło ich spotkać, ostatecznie zupełnie o nich zapomniał. Byli szorstcy i – jak opisałaby to jego matka – źle patrzyło im z oczu, ale byli… W pełni zmysłów. Przytomni. Zachowywali się jak ludzie. Ci, którzy czekali na niego w głębi szpitala stracili tę cząstkę dawno temu.

Puste, spojrzenia wlepione w pustkę, przenikające stojące na drodze pacjentów meble, ściany i osoby. Jak płonące ślepia, czające się w ciemności. Głuche, monotonne krzyki i niezrozumiałe słowa, wylewające się potokami z ust skulonych w kątach postaci. Odgłosy walenia w ścianę. Drażniący, kwaśny smród potu, brudu i moczu… I wśród tego wszystkiego oni: Vittorio, przyciskający do piersi Biblię z okładką pooraną paznokciami i Gabriela, palcami przeczesującymi tłuste, pozlepiane strąki.

Nie pamiętał o czym rozmawiali, ale rozpoznawał swoje pismo w notatniku. Przejrzał kartki w drodze do wyjścia, zdając się na Rogera i jego – jak wychodził z założenia – żelazne nerwy. Staruszek pożegnał się z recepcjonistką i powoli skierował się w stronę swojego Rolls Royce’a, nie zwracając uwagi na wlokącego się za nim chłopaka.

– Jasna cholera – odezwał się sucho, bez żadnych emocji wskazując na przebite gwoździem koło. Zanim Cameron zdążył zareagować, ten ruszył w stronę bagażnika i wywlókł z niego zapasową oponę, po czym wskazał na nią pomarszczonym palcem.

– Wiesz jak się tym zająć?

– To nie może być takie trudne – zdecydował. Pochylił się, a potem spojrzał na tajemniczy przedmiot, wykonany prawdopodobnie z gumy, leżący tuż obok niego. Faktycznie, przy bliżej inspekcji okazał się być ukształtowany w okrąg o średnicy zbliżonej do opony Rolls Royce’a, aczkolwiek obserwacja ta została poparta jedynie empirycznym doświadczeniem. Enigmatyczny kształt nie pozwalał mu na wysnucie zbyt wielu hipotez dotyczących przebiegu operacji. Ku jego największemu zdziwieniu, nie był w stanie wykręcić go jak żarówki.

– Zadzwońmy po panie – zaproponował w końcu, podnosząc się z kolan. Otrzepał spodnie z kurzu i wziął się pod boki, próbując znaleźć nową perspektywę. Okazała się równie bezużyteczna… Ale za to jak nowatorska. Postępowa. Wręcz oświecona – ale w dalszym ciągu żałośnie nieskuteczna w swoim założeniu.

Gdziekolwiek Virginia i Katherine się nie znajdowały, nie posiadały przy sobie odbiornika. Utknęli sami, zdani wyłącznie na łaskę dziczy i budzące się w nich instynkty przetrwania.

Oraz woźnego.

17 października, 1920. Boston, ???

Droga powrotna ciągnęła się w nieskończoność. Otaczała ich pustka – ciągnąca się aż po horyzont, z pominięciem pojedynczych drzew i krzewów, choć znajdowali się na przedmieściach miasta, liczącego prawie siedemset pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców… Tylko zmieniające się znaki drogowe i majaczące od czasu do czasu w oddali budynki mogły zapewniać ich, że nie kręcili się w kółko.

Niebo zdążyło poszarzeć, a okolicę pokryła rzadka mgła. Z początku niemal niezauważalna, stopniowo stawała się coraz gęstsza – aż w końcu pochłonęła wszystko, czego nie oświetlały reflektory Rolls Royce’a.

– Jest już późno – zauważył przytomnie starszy z mężczyzn. – Poza tym, niezwykle jesienna pogoda.

Cameron oparł głowę o szybę. Słup przemknął mu przed oczami – ale poza nim widział tylko ledwo widoczną granicę pobocza i obrys czegoś, co mogłoby być jakimiś przydrożnymi chaszczami... Chodź im bardziej się w nie wpatrywał, tym bardziej wątpił we własne osądy.

Kiedyś, na pierwszym roku, chodził na wykłady z filozofii. Podczas drugiego semestru profesor wspomniał Fryderyka Nietzschego, niemieckiego nihilistę. W jednym ze swoich dzieł – „Poza dobrem i złem” – snuł on rozważania dotyczące ludzkiej natury, między innymi wpływu wzorców etycznych na moralność jednostki.

Jeśli długo spoglądasz w otchłań, to otchłań zaczyna wpatrywać się w ciebie.

– Widziałeś to?! – Cameron oderwał się gwałtownie od szyby i chwycił staruszka za nadgarstek. Zanim Roger zdążyłby zareagować, auto odbiło w bok. Pisk opon i zduszony krzyk wypełniły przez ułamki sekundy ciszę, która ciążyła nad nimi od wyjazdu z Roxbury.

– Co tam było? – Mężczyzna oparł stabilniej ręce na kierownicy. Serce łomotało mu w piersi, jakby nadeszła jego ostatnia chwila; chyba zdarł sobie trochę skóry po wewnętrznych stronach dłoni (a w każdym razie stłukł sobie nadgarstek o deskę rozdzielczą).

– Ciemna postać. Człowiek – wydyszał Cameron. Obejrzał się za siebie, ale tym razem odwrócił wzrok, zanim zdążyłby się na czymkolwiek skupić. Uszczypnął się w ramię, ale uczucie bycia obserwowanym przez płonące oczy nie zniknęło, jakby dalej czaiły się gdzieś we mgle. Obejrzał się za siebie, ale po raz kolejny zabrakło mu odwagi, żeby wypatrywać czegoś konkretnego.

Skulił się na siedzeniu i zamknął oczy. Słyszał jak drzwi otwierają się, a potem zamykają. Roger trzasnął drzwiami i przeszedł się dookoła pojazdu, badając laską ślady hamowania na zasuszonej trawie. Musiał czegoś szukać i musiał coś widzieć…

– Kto tam jest? Halo! Idę po pana!

Stracił go z oczu w gęstej mgle, ale mężczyzna wrócił po dłuższej chwili. Wsiadł do auta i przekręcił kluczyk w stacyjce, kiedy tylko Cameron zaczął opowiadać mu o postaci i dziwnych, gorejących oczach.

Kiedy skończył mówić, byli już w centrum Bostonu. Pustka zniknęła, zastąpiona blaskiem świateł z okien mieszkań. Lampy uliczne rzucały blask na wilgotne od deszczu ulice. Mgła rozpłynęła się – i choć wciąż była zauważalna, kiedy patrzył prosto przed siebie, był w stanie dojrzeć to, co się w niej skrywało.

Pan Roger odwiózł go na Oak Road, nie odzywając się nawet słowem. Ściągnął brwi i zacisnął usta, unikając spojrzenia siedzącego obok siebie studenta… A on nie pytał. W pewnym sensie wiedział, że nie chciał znać odpowiedzi na niezadane pytanie, choćby miał umrzeć z ciekawości. Wysiadał już z pojazdu, kiedy usłyszał cichy głos kierowcy:

– Poznaję tę postać. Rozumiesz, mam jej obraz w domu. Nie wiesz może–

– Muszę już iść. – Cameron skinął tylko głową, po czym zatrzasnął za sobą drzwi i odwrócił się w stronę wejścia na klatkę schodową. Nie odwracał się za siebie. Wbiegł po schodach i wpadł do mieszkania, kilkukrotnie sprawdzając zamek za sobą. Nie zapalał światła, jakby był intruzem we własnym domu i przemknął do swojej sypialni.

Jeśli Corbitt House miał być miejscem, w którym miało mu przyjść pożegnać się z życiem, nie zamierzał poddawać się bez walki. Drewniana skrzynka wciąż leżała pod łóżkiem, pokryta warstwą kurzu.

Nie bał się demonów, czyhających w mroku. W swoim dwudziestodwuletnim życiu starł się z siłą o wiele potężniejszą i mroczną; siłą przy której drżał sam diabeł – z panią w dziekanacie. Jedyna droga, która nie prowadziła do Corbit House, kończyła się twarzą twarz z nią.

18 października, 1920. Boston, Kaplica Kontemplacji

Katherine wysiadła z samochodu, nie oglądając się na towarzyszy. Kaplica Kontemplacji – o której nasłuchała się od Virginii tyle, że aż rozbolała ją głowa – była zarośniętą ruiną. Spomiędzy drzew wystawały co prawda szczątki jakiegoś budynku, aczkolwiek nie pokładała w nich zbyt wielkiej nadziei na przełomowe odkrycie.

Cudem ubłagała brata o akta i nie przyniosło to żadnego postępu w ich sprawie. W najgorszym razie, była na celowniku policji – co oznaczałoby koniec jej kariery jako lekarz medycyny sądowej i początek życia, w którym żywi zajmowali istotniejsze miejsce niż martwi.

Przynajmniej Kaplica Kontemplacji była trupem w zaawansowanym stopniu rozkładu. Post putrefactio, gdyby mogła się tak o nim wyrazić. Takie zwłoki rzadko rzucały nowe światło na sprawę – zwłaszcza sprawę dotyczącą „tajemniczych, mrocznych postaci” i „płonących oczu”. Słodki Jezu, przyglądając się swoim współpracownikom naprawdę zauważała, że byli co najmniej nieszkodliwymi dziwakami.

– Czego tu szukamy? – westchnęła ciężko. Odpowiedziała jej cisza, ale wszyscy – jak na komendę – zajęli się przeszukiwaniem okolicy, niczym bohaterowie tanich kryminałów. Tacy jak Virginia i Cameron szczególnie odpowiadali temu opisowi. Młodzi, pełni idei i inteligencją porównywalni do wiadra gwoździ.

A jednak – głupi miał szczęście. Nie minęło dziesięć minut, zanim z ust Virginii nie rozległo się pełne satysfakcji: „aha!”. Otwartą dłonią wskazywała na nabazgrany czymś na murze symbol.

– Rozpoznaję go – oznajmił rzeczowo Roger. – To sygnatura autora jednego z moich obrazów. Imię nieznane.

– Jak wszedł pan w jego posiadanie? – zapytała młodsza z kobiet, dotykając jednego z wierzchołków trójkąta. Po środku niego tkwiło szeroko otwarte oko. Przez chwilę – mogłaby przysiąc – źrenica poruszyła się, jakby obserwowała ruch jej ręki.

– Artysta nie zdradza swych tajemnic.

– Nie jest pan artystą, proszę pana – odparła. – Kłamstwo to grzech.

– Jestem otwarty na dyskusję.

Katherine podeszła bliżej Virginii, przyglądając się jak ta palcami bada powierzchnię symbolu. Stanęła obok niej i założyła swoje okulary. Ziemia zapadła się pod jej stopami, zanim zdążyłaby zareagować. W jednej chwili pomagała przy tym śmiesznym dochodzeniu w sprawie domniemanych duchów; w drugiej leżała już na plecach, obolała i w szoku.

– Farba. To była farba. – To Virginia odezwała się pierwsza i, również jako pierwsza, się podniosła. Wylądowała na kolanach i chyba tylko cudem nie połamała sobie w ten sposób obu nóg. Co za rozczarowanie.

– Co tam jest?

Miło, że zapytali, czy przeżyła upadek. Katherine nadal trochę szumiało w głowie po uderzeniu w podłogę… Wylaną podłogę…? Miejsce, w którym się znajdowała musiało być piwnicą albo przynajmniej jakimś bunkrem.

W półmroku widziała odrapane ściany i jakieś przejście – może łuk albo futryna drzwi – ale nie potrafiła dobrze ocenić przestrzeni ani tego, co znajdowało się za nim.

– Potrzebujecie pomocy?

– Niech mi pan pomoże stąd wyjść. – Virginia wyciągnęła dłoń w stronę młodego mężczyzny klęczącego przy krawędzi. Ich ręce, nawet kiedy stawała na palcach, dzieliło dobrych kilkanaście centymetrów. A Cameron nie wyglądał na kogoś, kto utrzymałby jej ciężar, gdyby podskoczyła. Prędzej ściągnęłaby go za sobą do środka.

Zresztą, pani patolog nie była gotowa na kolejny upadek na tyłek. Jeśli ktoś musiał się upokarzać, Virginia Thompson niewątpliwie miała w tym większe doświadczenie. Dodatkowo, płaskie buty, które prawdopodobnie nadawały się do krótkiej wspinaczki równie dobrze, co do codziennych wycieczek do kościoła – całkiem nieźle. Niezgrabnie wsparła się lewą stopą o ścianę, wyciągnęła drewnianą pałkę (czemu nosiła przy sobie drewnianą pałkę, do diaska?) w stronę Camerona i wybiła się w górę. Zaparła się o ścianę i podciągnęła, żeby wyciągnąć głowę na powierzchnię i się wyczołgać. Roger chwycił ją za łokieć. Mój Boże, gdyby Virginia pociągnęła go za sobą, chyba nie byłoby już czego po nim zbierać – ale jakimś cudem udało jej się wygrzebać na powierzchnię, szorując butami po chropowatej ścianie.

– Definitywnie aura Jowisza – zawyrokował Cameron, oddychając ciężko. – Mocne ręce, szybkie nogi i ciężki tyłe–

– Ubliża mi pan.

– Dokładnie to powiedziałaby osoba z przewodnictwem Jowisza. Ego równie duże, co…

– Znalazłam tu dwa trupy! – przerwał im głos dochodzący z podziemi. Katherine cofnęła się o kilka kroków – przed przejście do drugiego pomieszczenia, żeby mogli zobaczyć jej minę. Jak zawsze nie wyrażała żadnych emocji. Szczerze mówiąc, znali się od dobrych kilku miesięcy i do tamtej pory cała jej mimika wahała się pomiędzy wyrazem całkowitego znudzenia i cynicznym uśmiechem, więc i tym razem pokerowa twarz ich nie zaskoczyła.

– Uh… Świeże? – Cameron uklęknął przy krawędzi.

– Dobrze po terminie przydatności do spożycia – odpowiedziała zupełnie poważnie. – Tantum ossium. Potrzebuję latarki, żeby to sprawdzić.

Virginia wyciągnęła z torby latarkę (dlaczego nosiła przy sobie też ją?) i owinęła ją w chustkę zdjętą z głowy, zanim zrzuciła ją w dół. Gdyby roztrzaskała się na kawałki, mogliby zacząć panikować. Ich ranna przyjaciółka zostałaby z dwoma szkieletami w piwnicy miejsca spotkań aktywnego kultu, bez szans na ucieczkę i jakiegokolwiek narzędzia tudzież umiejętności samoobrony.

Na szczęście miała przy sobie źródło światła, więc nie martwili się bez potrzeby.

– Leżą na ziemi?

– W szafie. Jeden z nich ma książkę, próbuję ją wyjąć.

Kości upadły z cichym łoskotem, jak domek z kart, kiedy wysunęła przedmiot spomiędzy palców. Wepchnęła go pod pachę i uklękła przy drzwiach szafy, oświetlając jej wnętrze latarką – nawet w tak słabym świetle była w stanie ocenić, że coś było… Nie tak.

– W kwestii wychodzenia z szafy, mam dzisiaj randkę – Cameron oparł się o ścianę, poprawiając odruchowo włosy. – Musimy się wyrobić przed osiemnastą.

– Nie da się pośpieszyć stworzeń o nieznanym statusie ontologicznym – zaprotestowała misjonarka. Przez chwilę patrzyli na siebie w napięciu, ale ostatecznie chłopak uśmiechnął się jedynie słabo:

– Może Proxima Centauri użyczy mi swojej mocy.

– Mogę się na to modlić – zgodziła się bez zastanowienia. Pan Jacobs parsknął pod nosem, niezdarnie zasłaniając usta chusteczką:

– A ja mogę za to wypić. Naturalnie, jedynie herbatę, drodzy państwo.

Dobrze było mieć świadomość, że nie panikowali.

Katherine palcami zgarnęła kurz i pajęczyny, przyglądając się szkieletowi. Żadnej skóry; żadnych skrawków ubrań – miała przed sobą niemal muzealny egzemplarz. Nagi i wyczyszczony, jakby ktoś wrzucił ciało do balii z sodą kaustyczną albo kwasem, a nie wepchnął je do szafy.

Obejrzała się za siebie, tknięta jakimś dziwnym przeczuciem. Przez chwilę wpatrywała się w mrok w kącie pomieszczenia, jakby wypatrywała czegoś konkretnego. Jej spojrzenie zapadało się w pustkę. Czuła jak jej skórę pokrywała jakaś dziwna energia, przypominająca jej mgłę. Oparła się na dłoniach, żeby nie upaść pod wpływem tego nienaturalnego osłabienia. Uchyliła usta, ale zamiast wołania o pomoc wydobył się z nich tylko ciężki wydech… Z każdą chwilą uniesienie powiek wydawało się coraz trudniejsze… Coraz…

Dobry Boże, dlaczego dotknęła trupa gołymi rękami?! Gwałtownie odskoczyła od mebla, z obrzydzeniem wycierając dłoń w koszulę. Przez dłuższą chwilę nie zauważyła nawet własnego bólu, który rozszedł się po jej stopie, kiedy upuściła grube tomisko – ale kiedy w końcu ją to uderzyło, ledwo powstrzymała się od krzyku.

– Chyba… Chyba złamałam sobie palec u stopy – odezwała się w końcu, zaciskając obie dłonie wokół kostki, jakby mogło jej to jakkolwiek pomóc. – Poza tym, Liber ivonis coś wam mówi? To z łaciny.

Liber… Liber… Liberum. Uwolnić. Ale ivonis? – Roger podrapał się po brodzie. – Podobne do „Iwona”.

– Imię pochodzi od wierzby. Albo łuku cisowego – wyjaśniła zupełnie poważnie Virginia. Przez chwilę stopa bolała odrobinę mniej, przynajmniej w porównaniu do tego jak mocno uderzył ją fakt, że ktoś wykształcony (podobno po licencjacie!) mógł powiedzieć cokolwiek podobnego do panny Maxwell. – To ze starogermańskiego, ale pewnie da radę.

– To też język obcy.

– Uwolnić wierzbę. – Cameron pokiwał głową. – Bardzo poetyckie. Podoba mi się.

Nie miała siły się z nimi kłócić. Wepchnęła książkę pod pachę i chwytając się szafy, podciągnęła się do góry. Nie mogła stanąć na jednej z nóg, więc wpół utykając, a wpół podskakując dokuśtykała do zapadniętego stropu.

– Najpierw uwolnijcie mnie!

Chłopak wywrócił oczami – niemal niezauważalnie, ale nie umknęło to jej czujnemu oku – ale schylił się, żeby podać jej drugi koniec pałki. Modliła się, żeby być w stanie złapać go wystarczająco stabilnie, żeby być w stanie wciągnąć się do góry, nawet gdyby miała polegać na cudzej sile. Virginia prawdopodobnie silniejsza i bardziej zaprawiona w boju, co musiała niechętnie jej przyznać, ale Katherine była zwyczajnie lżejsza. To misjonarka nadrabiała swoje braki w manierach i kobiecości; to jej nie udało się dorównać poziomem do ukończonej z wyróżnieniem medycyny. W żadnym wypadku, jej fizyczna siła nie równała się potędze intelektu.

– To nie aura Jowisza, tylko cały Jowisz – syknął Cameron, zapierając się podeszwami o ziemię.

– Tak jak mówiłam… – Virginia przyklękła przy krawędzi i chwyciła pałkę tuż ponad jego dłońmi. Starała się zachować neutralny wyraz twarzy (i służyć bliźniemu, jak Bóg przykazał), ale uśmieszek wyższości sam wypełzał jej na usta. Czułaby się z tym okropnie, gdyby nie spędziły razem kilku dni na przeszukiwaniu archiwów i bibliotek.

– Nic nie mówiłaś – zaprotestowała, ale w tej samej chwili Roger dał im znak i gwałtowne szarpnięcie uniosło ją w górę, a potem nieomal rzuciło do przodu. Zahaczyła brzuchem o krawędź, zakrztusiła się swoim własnym oddechem i ledwo przytomna z bólu padła na trawę.

Nie leżała długo. Ktoś zsunął but z jej stopy i poruszył stawem na tyle sprawnie, że po gwałtownym ukłuciu bólu czuła już tylko rozlewające się ciepło i niewyobrażalną wręcz ulgę. Nie protestowała, kiedy owijano jej kostkę bandażem, choć pewnie umiałaby to zrobić lepiej – taką miała nadzieję. Nawet kiedy zdała sobie sprawę z tego, że zrobiła to panna Maxwell.

– Dziękuję. – Spojrzała jej prosto w oczy, wysyłając delikatny, bardzo zachowawczy uśmiech. – Imponujące umiejętności. Gdzie się tego pani nauczyła?

– To się dzieje, kiedy oddaje się swoje życie Bogu zamiast gonić za przemijalnymi wartościami.

A więc jednak nie mogły zakopać wojennego topora. Najwyraźniej uprzejme milczenie było najwyższym stopniem przyjaźni, która mogła się pomiędzy nimi utrzymać. Taki stan rzeczy był wystarczający. Nie zamierzała kajać się przed… nią. Nie potrzebowała w swoim życiu kogoś takiego; miała się doskonale sama ze sobą.

– Panie Jacobs, źle pan wygląda. – Virginia odwróciła się plecami, dając tym samym znać, że skończyła rozmowę ze swojej strony. – Wszystko w porządku?

Staruszek pokiwał tylko głową. Serce wciąż waliło mu jak szalone, a świat nadal wydawał się inny, jakby wyblakły, ale nie potrafił wyjaśnić tego, co się stało. W jednej chwili patrzył na okładkę – Księgi Eibonu, jak mu się wydawało – a w drugiej… Nie, nie potrafił sobie przypomnieć, co się stało. Spojrzał w oczy czemuś, czego nie był w stanie opisać; czego nie był w stanie pojąć.

Księgi Eibonu nigdy nie powinny znaleźć się w jego rękach. Kiedy on poznał ich sekret, zapłacił za to cenę, choć nie wiedział jaka ona była. Księgi Eibonu odebrały to, co było im zależne.

– Odwiozę pana do domu, Roger, kiedy tylko zadzwonimy na policję – oświadczyła w końcu Katherine, zaglądając po raz ostatni w stronę wyrwy w ziemi. Wyglądało na to, że tym razem miała bratu sporo do wyjaśnienia…

19 października, 1920. Centrum Bostonu

Ich znaki zodiaku nie były kompatybilne. Nigdy nie byli sobie przeznaczeni, to nie miało szansy się udać. Tak było podyktowane w gwiazdkach – i w to chciał wierzyć, choć nigdy tak naprawdę nie poznał jego daty urodzenia.

Cameron czekał na Artiego przez ponad godzinę, stojąc pod redakcją w strugach jesiennego deszczu. Nawet nie miał, gdzie się schować, ale początkowo to zauroczenie przystojnym nieznajomym rozgrzewała mu serce. Kiedy w końcu się poddał, było już zupełnie ciemno – pomijając latarnię, stojącą kilkanaście metrów od redakcji. Włosy posklejały mu się pod przemoczonym kapeluszem, który wiatr zerwał mu z głowy, gdy wyszedł na ulicę. Spojrzał w stronę drzwi, ale w środku było już zupełnie ciemno. Bramę zamknęli na kłódkę. Nie robił sobie zbędnej nadziei.

Wsadził ręce do kieszeni i ruszył powoli w stronę Oak Road. Kochał tamtą ruderę nad życie, włączając w to zacinający się zamek i nieszczelne okno, i cieknący kran – przynajmniej było go stać na czynsz. Nawet jeśli lodówka stała pusta, bo nie przejmował się zakupami od kiedy rozpoczęli pracę nad sprawą, wciąż miał, gdzie się podziać…

Pomacał się po kieszeniach, szukając kluczy, zanim przypomniał sobie, że wrzucił je do teczki, kiedy wychodził rano z domu. Musiał odstawić ją na ziemię, kiedy pomagał Virginii i Katherine wygrzebać się z zawalonej piwnicy, a potem o niej zapomnieć, zaaferowany spotkaniem, które się nie odbyło. Coś ścisnęło go w klatce piersiowej – a może to były tylko pierwsze objawy przeziębienia? Na wszelki wypadek szarpnął kilka razy za klamkę, ale drzwi ani drgnęły.

Zbiegł piętro niżej i nacisnął kilka razy na dzwonek, który zabrzęczał cicho. Panna Montgomery była jego ostatnią szansą – choć nie widział jej od dobrych kilku dni i dziwne przeczucia co jakiś czas pojawiały się w jego myślach niczym nieprzyjemne wspomnienie. Zadzwonił jeszcze raz. Mijały minuty, podczas których powoli docierało do niego, że jego modlitwy i błagania wnoszone do gwiazd zostały odrzucone. Nie było jej w domu.

Oparł się plecami o ścianę obok, zupełnie zapominając, że pomalowane wapnem ściany prawdopodobnie zostawiły biały odcisk na mokrych ubraniach. Nawet nie rozważał powrotu do Kapliczki Kontemplacji, ze względu na to, że prowadziła bez Dorchester – a nikt o zdrowych zmysłach nie łaziłby tamtędy w środku nocy. To było życzenie samobójcy.

Ruszył Oak Road w stronę rynku, jakby naprawdę zmierzał w stronę mieszkania Donny’ego. Doszedł aż do ratusza – jakieś dobre piętnaście minut piechotą – zanim zrozumiał, że nie byłby w stanie. Wolałby spać na ławce w parku niż zachować się jak skończony idiota, a do tego sprowadzałoby się postawienie ich obu w takiej sytuacji. Donny nie musiał wiedzieć, że umówił się z byle kim (Artiego naprawdę trudno było nazwać inaczej) kilka tygodni po ich rozstaniu. Poza tym, nie byli już nawet przyjaciółmi. Nie miał obowiązku mu pomagać ani ponosić odpowiedzialności za jego roztrzepanie… Już nie.

Nie miał portfela ani dokumentów, żeby zapłacić za pokój w hotelu. Nawet gdyby miał, szczerze wątpił, że byłoby w nim wystarczająco dużo pieniędzy – a jeśli było, to prawdopodobnie musiałby zakończyć miesiąc, jedząc chleb namoczony w mleku. Oczywiście przy optymistycznym założeniu, że marsjańska aura ochroniłaby go przez zapaleniem płuc po nocy spędzonej w strugach deszczu, siedząc na krawężniku i o pustym żołądku.

Virginia mieszkała niedaleko niego, o wiele bliżej niż jacykolwiek znajomi– poza tym wiedział z całą pewnością jak mógłby się do niej dostać. Prawdopodobnie trafiłby też do pana Jacobsona… Ale nie miałby serca obudzić w środku nocy schorowanego staruszka, który puścił mu płazem szkody wyrządzone serwisowi do herbaty. Wolał nie przeciągać struny, także dlatego, że sama filiżanka prawdopodobnie była warta więcej niż dorobek jego życia. Cameronowi pozostawało mieć wiarę w dobre serce i charytatywną działalność wyniesioną z chrześcijańskiej etyki przez pannę Maxwell.

Cofnął się do skrzyżowania, a potem ruszył ku kamienicom, nie przejmując się już zupełnie deszczem, który zdążył przemoczyć go do nagiej skóry. Nie szukał numeru jej mieszkania zbyt długo – jakby prowadzony jakąś nieziemską siłą. Brama na podwórze była jedynie zatrzaśnięta, więc przekradł się przy strażniku. Wejście na klatkę schodową było uchylone (co uznał za oczywisty objaw stronnictwa Proxima Centauri!), więc nie zastanawiał się zbyt długo. Wbiegł po schodach na trzecie piętro, starając się nie wybudzić sąsiadów ciężkimi krokami i przeskakiwaniem po dwa stopnie. Zapukał.

Otworzyła mu drzwi niemal od razu. Mimo godziny, wciąż była ubrana w tę samą popielatą suknię z długimi rękawami i z podniesionym kołnierzykiem. Jej oczy wpatrywały się w niego zza szkieł okrągłych, drucianych okularów, w których przypominała mu odrobinę doktora Marshalla – w najgorszym możliwym sensie.

– Mogę u ciebie przenocować? Błagam, to długa historia – zaczął od razu, wciskając dłonie głębiej w kieszenie. Jej wyraz twarzy nie zmienił się. Wciąż patrzyła na niego nieco zaskoczona, ze zmarszczonym czołem i zaciśniętymi ustami.

– Zapraszam do środka. – Odsunęła się powoli, niemalże nieufnie od drzwi i pozwoliła mu wejść. – Proszę się rozbierać. Co się stało?

Cameron zdjął płaszcz i odwiesił go na wieszak. Poza jego okryciem tkwił tam jedynie długi brązowy płaszcz i wełniany kapelusik; na podłodze stały skórzane buty – ale poza tym przedpokój był zupełnie pusty, pozbawiony jakichkolwiek ozdób, choćby i najmniejszego dywanika. Przynajmniej nie musiał się martwić o zamoczenie czegokolwiek poza podłogą.

– Zostawiłem teczkę w kapliczce – wyjaśnił, rozplątując sznurówki i stając w samych skarpetkach na podłodze. – A w niej klucze i pieniądze.

– Bardzo nierozsądnie – skomentowała jedynie krótko, odwracając się plecami do niego. – Wstawię wodę na herbatę, a pan niech się jakoś doprowadzi do porządku. Łazienka jest w korytarzu.

Nie miał pojęcia jak zamierzał „doprowadzić się do porządku”, ale nie uznał za stosowne mówić tego na głos. Podobnie jak nie odważył się komentować samej kamienicy – także dzielonej ubikacji. Virginia przyniosła mu wełniany sweter, prawdopodobnie pamiętający jeszcze czasy Deklaracji Niepodległości i parę suchych skarpet. Darowanemu koniowi nie zamierzał zaglądać w zęby.

– Niech pan zamknie za sobą drzwi – odezwała się, kiedy tylko pojawił się z powrotem w mieszkaniu, wziąwszy szybką kąpiel. – I przyjdzie do stołu. W pokoju dziennym się nie je.

Kuchnia została wyposażona równie skromnie co salon. Poza kuchenką, na której stał czajnik i żeliwny garnek, w pomieszczeniu znajdował się jedynie stół nakryty prostym, białym obrusem i dwa krzesła. Pachniało zupą z selera i chlebem, który postawiła przed nim. Obok stała filiżanka, ale woda w czajniku wciąż się nie gotowała.

– Przekręcił pan zamek? – zapytała, wyciągając z szafki miskę. – Ostatnimi czasy odskakuje.

Zanim zdążył odpowiedzieć, coś zaskrzypiało w przedpokoju, a potem delikatnie uderzyło ścianę. Serce zabiło mu gwałtowniej w piersi, ale kobieta tylko westchnęła ciężko, odstawiając naczynie na blat.

– Często się tak dzieje?

– Od czasu do czasu – przyznała. Nalała mu zupy i postawiła ją przed nim, ale sama nie zasiadła do posiłku, tylko oparła się plecami o jedną z nagich, bielonych ścian. Przez chwilę jadł w milczeniu. Może powinien ugryźć się w język? Może powinien pilnować się, żeby nie przeciągnąć struny.

– Od jak dawna dokładnie?

– Od kilku dni.

Jedzenie stanęło mu w gardle, mimo że podświadomie spodziewał się takiej odpowiedzi. Ciężko przełknął zalegające mu w ustach jedzenie, wpatrując się z Virginię. Na pewno zauważyła – nawet jemu samemu przeszkadzało, że się na nią gapił! – ale nie odwróciła spojrzenia, jakby przyjęła to za jakieś dziwaczne wyzwanie.

– Wymienię zamek, kiedy znajdę chwilę – oznajmiła po chwili, siadając po drugiej stronie stołu. – Nie jest to coś, z czym nie byłabym sobie w stanie poradzić.

– Nie wątpię. Uznaję cię za bardzo zaradną osobę.

Od kiedy on i Roger chcieli wezwać ją do wymiany mitycznego okrągłego obiektu, pogodził się z tym, że prawdopodobnie była lepszym mechanikiem niż on. Nie uznawał tego oczywiście na obrazę, zważywszy na jej aurę planetarną.

– Schlebia mi pan. – Mimo delikatnego uśmiechu, nadal wydawała mu się zupełnie niewzruszona i chłodna. – Ale muszę wrócić do własnych spraw. Nie lubię kłaść się po północy.

Cameron zerknął dyskretnie na zegarek. Wskazówki już pokazywały dwunastą, choć nie był w stanie to uwierzyć. On i Artie umówili się na osiemnastą – i na pewno nie chodził po Bostonie przez sześć godzin. Bolałyby go nogi, gdyby tak było… Przede wszystkim: pamiętałby, gdyby tak było, prawda?

– Która jest godzina?

– Wpół do dziewiątej, proszę pana. Wszystko w porządku?

– Dużo się dzisiaj wydarzyło. – Pokręcił półświadomie głową. Dokończył zupę jednym haustem (Virginia nie zareagowała nawet na to, że uniósł miskę do ust) i odstawił naczynia do zlewu. Kobieta nadal stała oparta o framugę, kiedy się odwrócił.

Ponad jej ramieniem widział pokój dzienny – oraz prawdopodobnie jedyny obraz w całym domu – sygnaturę Matki Boskiej, trzymającej na rękach Jezusa. Widział też fragment stołu, zasłanego gęsto gazetami i kartkami papieru oraz lampkę, rzucającą na nie ciepłe, żółte światło.

– Może pan do mnie mówić, jeśli ma pan ochotę. Niemniej, skupię się na własnej pracy, jeśli można. – Virginia odstawiła filiżankę herbaty na stolik, po czym usiadła przy stole, poprawiła okulary na nosie i zabrała się za wertowanie kolejnego numeru. Przeglądała stare wydania Dziennika Codziennego, który prawdopodobnie kupiła jeszcze zanim wyjechała na misję.

– Szukasz czegoś konkretnego?

– Corbitt House. – Nawet nie uniosła oczu znad fragmentu, który przykuł jej uwagę. – W piwnicy pogrzebali ciało Waltera Corbitta. Rok 1866.

– Wierzysz, że ta… Uch, cienista postać to…? – Cameron sięgnął po przygotowany koc i okrył się nim, żeby rozgrzać się jeszcze odrobinkę bardziej, w nadziei, że uspokoi w ten sposób wstrząsające nim dreszcze. Chyba miał gorączkę.

– Jak najbardziej. Panna Garcia może mówić, co chce. Rzeczywistość zweryfikuje, kto ma rację. Ja tam się nie boję.

– Też się nie boję – mruknął odruchowo. Odpowiedziało mu jakieś niezrozumiałe mruknięcie ze strony pochylonej nad gazetami postaci, którego nie był w stanie rozszyfrować. Prawdopodobnie nie miało na celu nic konkretnego poza samym podtrzymaniem jego monologu.

Zasnął na kanapie, zanim ona poszła spać – i zanim opowiedział jej cokolwiek konkretnego o płonących oczach, o obrazie, o Roxbury. Być może półprzytomnie mamrotał coś pod nosem, zawieszony między snem i jawą, ale nie pamiętał tego, kiedy ocknął się z samego rana, skulony w samym rogu kanapy.

20 października, 1920. Corbitt House

Katherine ostrożnie otworzyła drzwi – i natychmiast skarciła się w myślach za to, że pozwoliła się ponieść paranoi Virginii i Camerona. Dłonią rozgoniła chmurę kurzu, która wzbiła się w powietrze, kiedy weszła do środka. Zgodnie z planem budynku, który otrzymała od pana Knotta, na parterze znajdowało się pięć pomieszczeń połączonych długim, wąskim korytarzem. Na jego końcu ktoś powiesił portret mężczyzny w srebrnej ramie.

– Wyjmijmy drzwi z zawiasów – zaproponowała po chwili Katherine, oglądając się za siebie. Cameron nadal stał w przejściu, opierając się plecami o framugę i okręcając na palcu klucz otrzymany od pana Knotta.

– Słucham?

– Wyjmijmy drzwi, na wszelki wypadek – powtórzyła pani doktor. Cameron spojrzał pytająco na Rogera, a potem na Virginię. Staruszek parsknął tylko śmiechem, dotykając znacząco palcem skroni i mrucząc pod nosem z rozbawieniem:

– Na wypadek czego dokładnie?

– Nie chcę znać odpowiedzi, po prostu to zróbmy – westchnęła Virginia, podciągając rękawy swojej sukni do łokci. Przecisnęła się z powrotem do wejścia i przyjrzała się zawiasom, wydając z siebie krótkie i rzeczowe „mhm”, po czym skinęła na Camerona. Razem, w zupełnym milczeniu podnieśli drzwi, które chłopak następnie oparł o zewnętrzną ścianę budynku.

– Na wypadek, gdyby się zatrzasnęły. – Katherine wzruszyła obojętnie ramionami.

– Albo gdyby coś je zatrzasnęło – dodał Cameron. Upewnił się, że odstawił je na tyle stabilnie, żeby nie runęły na ziemię przy pierwszym powiewie wiatru. Patrząc na kondycję pana Jacobsa, szok spowodowany nagłym hukiem, rozlegającym się w (prawdopodobnie) nawiedzonym domu mógłby przyczynić się do jego zgonu, a przez to i do wątpliwej reputacji Corbitt House. Nie za to im płacili.

– Nic nigdy nie trzaskało moimi drzwiami. – Virginia podeszła z powrotem do drzwi.

– Bo pewnie mieszkałaś w namiocie – mruknęła pod nosem Katherine, wywracając oczami. Misjonarka patrzyła na nią przez chwilę, otwierając usta, jakby chciała coś odpowiedzieć, ale ostatecznie odwróciła się po prostu na pięcie i otworzyła pierwsze drzwi i oświetliła latarką zagracony pokój.

Poza wieżami kartonowych pudeł, rowerem i imponującej wielkości kolekcją słoików, była tam jedynie szafka. Kurz osadził się na niej tak gęsto, że zasłonił ślady pozdzieranego lakieru. Gazety ułożone na samej górze zdążyły wyblaknąć na tyle, że ich tekst stał się nieczytelny – nawet patrząc na niego pod światło Cameronowi udało się rozczytać jedynie nagłówek: „Dziennik codzienny”.

– Schowek – podsumował krótko Roger. – Aczkolwiek Stephen mógłby mieć więcej szczęścia w kwestii sprzedaży posiadłości, gdyby pozbył się bałaganu.

– Pytanie czyj to bajzel – parsknęła Katherine, zaglądając do jednego z pudeł. – Wygląda na to, że poprzedni właściciele nawet nie zdążyli się zadomowić. To pudła z przeprowadzki.

Życie na kartonach nie było znowu taką rewelacją w życiu Camerona, ale ostatecznie wolał się tym nie dzielić z panią doktor. Życie bostońskiej biedoty prawdopodobnie i tak było jej nieznane, począwszy od gulaszu z pietruszki i skończywszy na braku szafek.

– Według pana Knotta mieszkali tu tylko parę dni – zgodził się staruszek. – Pozostaje w takim razie pytanie, co jest w zamkniętej szafce.

Oczy całej grupy zwróciły się w stronę zakurzonego mebla. Przez chwilę wpatrywali się w niego w napięciu, jakby oczekiwali, że coś rozsadzi drzwiczki od środka. Virginia półprzytomnie sięgnęła za siebie i wymacała wepchnięty do skrzynki z narzędziami łom.

– Proszę się odsunąć.

– To dewastowanie własności prywatnej – zauważyła Katherine, patrząc jak kobieta bezceremonialnie wyłamała drzwiczki jednym ruchem. Zamek nie stawiał zbyt dużego oporu.

– Właściciel jest w domu dla wariatów. – Virginia ukucnęła i wyciągnęła ukryte dzienniki na podłogę, opędzając się chustką od chmury kurzu i próchna. Każdy z tomów, o grubości mniej więcej dwustu stron został oprawiony w skórę i przewiązany jutowym sznurkiem. – Albo martwy…. Tak, zdecydowanie to drugie.

– Co jest w środku?

Virginia zamilkła na dłuższą chwilę, poruszając ustami, kiedy czytała kolejne paragrafy. Podciągnęła spódnicę na tyle, żeby usiąść na podłodze i oparła grzbiet jednego z dzienników o kolano, oświetlając sobie kolejne strony latarką.

Pismo pana Corbitta było nieczytelne, rozmazane, jakby pisał drżącymi rękoma. Niektóre z wpisów urywały się nagle, inne zlewały się w potok słów niemający ani wyraźnego początku, ani końca – większość z nich musiała przeczytać kilka razy, aby zrozumieć bełkot.

– Opisy rytuałów. Nieśmiertelność… W jakimś sensie.

– Słucham? – Cameron odwrócił się gwałtownie ku niej, potrącając stojącą obok wieżę z pudeł. Jedno z nich zsunęło się i uderzyło o ziemię przy akompaniamencie ostrego trzasku tłuczonego szkła. Fragmenty zastawy rozprysnęły się pod jego nogami. W panice obejrzał się za siebie i w tej samej chwili coś huknęło w korytarzu.

– Jezus! – Virginia zerwała się z ziemi, upuszczając przedmiot na podłogę. Odwróciła się w stronę korytarza, zaciskając pięści jakby przygotowywała się do walki, ale Katherine chwyciła ją za ramię i przytrzymała w miejscu.

– Drzwi – wysapała. – Wiatr przewrócił drzwi.

– Prawie stanęło mi serce. – Kobieta położyła dłoń na piersi. – To dzienniki Corbitta. Najwyraźniej pochowano je razem z nim, na jego życzenie.

– Ciało też tam jest?

– Nie. Tego by brakowało, Boże broń – Virginia zamknęła stopą szafkę i pozbierała rozsypane książki, po czym odłożyła je na mebel. – Ciało jest w piwnicy.

– To są dobre wieści? – Uniosła delikatnie brwi. Virginia minęła ją, wychodząc z pokoju, więc i ona gestem dłoni wygoniła z niego także Camerona, po czym zamknęła drzwi. Upewniła się, że zamek przeskoczył.

– Póki nie jesteśmy w piwnicy, to tak.

Naprawdę nie potrafiła kłócić się z ich logiką. Bynajmniej nie dlatego, że się z nią zgadzała – po prostu nie była w stanie objąć ich toku myśli rozumem. Westchnęła tylko ciężko (naprawdę, od kiedy trupy w piwnicy można było zaliczyć do dobrych wieści?) i ruszyła za resztą grupy.

Jadalnia była sporej wielkości pomieszczeniem, w którym znajdował się wciąż zastawiony po byłych mieszkańcach stół oraz ozdobny kredens, skrywający w sobie potłuczony zestaw do herbaty. Ściany pokryte zostały jakże szkaradną tapetą, aczkolwiek i ta zdawała się ginąć pod natłokiem wizerunków świętych oraz krzyży.

– W sarkofagu? – Katherine zamknęła za sobą drzwi.

Virginia, stojąca po drugiej stronie stołu oparła jedną z dłoni na wazie z zupą i przysunęła ją bliżej siebie. Ostrożnie uniosła pokrywkę i zajrzała do środka, ale niemal natychmiast opuściła ją na miejsce, zasłaniając usta dłonią i hamując odruch wymiotny.

– Ryżanka – wyjaśniła krótko. – I nie, zamurowali go pod podłodze.

Podjęła w życiu marne decyzje, skoro skończyła w jednym pomieszczeniu z kimś, kto był w stanie zrobić coś takiego. Jej marzenia o obracaniu się w kręgu inteligentnych pasjonatów zagadek były dokładnie tym – tylko marzeniami – a ona sama pracowała z ludźmi, którzy wierzyli w duchy, choć ciało pogrzebane w fundamentach nie budziło ich najmniejszych wątpliwości.

Przeszli przez salonik do niewielkiej kuchni, mijając bez słowa wywieszone na graniczącej z jadalnią ścianie krzyże. W powietrzu wisiał ciężki, słodkawy zapach gnijącego mięsa i stęchlizny. Firany w zabitych oknach poszarzały od kurzu. Podłogę znaczyły dziwne, brązowo–czarne plamy.

– Znalazłem widelec – poinformował Cameron, pochylając się nad przestrzenią między kuchenką i szafką, zastawioną butelkami z nieprzejrzystego szkła. – Ktoś nabił na niego szczura.

– Obrzydlistwo. – Katherine skrzywiła się, patrząc jak chłopak wkłada rękę między meble, aż po samo ramię. – Zostaw go.

– Chcę widelec – zaprzeczył. Na dłuższą chwilę zamarł w bezruchu, wpatrując się w jakiś punkt w szczelinie, zanim ponowił próbuję wydobycia przedmiotu. Na zębach  widelca tkwiło zasuszone, sczerniałe truchełko. Delikatnie spróbował strząsnąć je na ziemię, ale przywarło do metalu.

– Zaraz zwymiotuję.

Cameron wziął większy zamach i po raz kolejny postarał się pozbyć się szczura. Ciałko zsunęło się, zostawiając za sobą ślady zepsutej krwi. Roger mógł tylko z obrzydzeniem patrzyć jak zostaje wyrzucone w jego stronę i rozbija się o jego koszulę, zostawiając na niej niewielki, brązowawy ślad.

– Cameron, do jasnej cholery. – Wciągnął powietrze nosem. – Co ty wyprawiasz?

– Bardzo pana przepraszam, ale to do samoobrony.

Virginia niemal natychmiast odwróciła się przez ramię, marszcząc brwi w wyraźnej dezaprobacie.

– Widelec? – zapytała, przeciągając każdą samogłoskę. – Przed czym chcesz się pan bronić? Przed szczurami?

– To dodatkowe obrażenia od trucizny!

– O, słodki Jezu, co jest z wami wszystkimi nie tak? – Katherine zasłoniła twarz dłońmi, odwracając się w stronę korytarza. Drzwi kuchenne były otwarte na oścież, choć nigdy ich nie dotykali – więc trzasnęła nimi ze złością, aż niemal wyleciały z zawiasów.

Zapadła martwa cisza. Wszyscy wpatrywali się w nią – Roger z pewnego rodzaju rozbawieniem, które wykrzywiało kąciki ust w dziwaczny, niemal karykaturalny sposób. Otworzył usta, zaczynając mówić, ale zamiast jego słów (i najpewniej najgorszego dowcipu całej dekady) usłyszeli czyjeś kroki piętro wyżej.

– Duchy? – zapytała szeptem Virginia.

– Raczej bezdomny – odpowiedział pan Jacobs, zaciskając kościste palce na swojej lasce. Gdyby przyszło do walki, prawdopodobnie nie byłby w stanie nawet unieść jej za głowę przez dokuczający mu artretyzm.

– Co jeśli to duch bezdomnego? – Cameron wyciągnął przed siebie swój widelec.

– Bierzemy go – zadecydowała ciemnowłosa kobieta. Katherine po raz kolejny chwyciła ją za ramię, próbując powstrzymać ją przed kolejną pochopną decyzją – ale Virginia dobyła już pałki, więc odruchowo cofnęła rękę.

Może wcale nie była misjonarką, tylko krzyżowcem. To sporo by wyjaśniało.

– Po prostu się schowajmy!

– Mamy większą szansę w walce niż podczas ucieczki – zaprotestował Cameron.

– Dlaczego chcecie w ogóle wdawać się w walkę?!

– Takie są zasady. – Roger poprawił marynarkę i ruszył przed siebie, w stronę salonu i jadalni. Virginia i Cameron podążyli za nim – odpowiednio z drewnianą pałką i aluminiowym widelcem (z dodatkowymi obrażeniami od trucizny), więc i ona sięgnęła po swojego Thompsona i sprawdziła magazynek.

– To nasz rewir – potwierdziła Virginia. Przeszli przez korytarz aż do niewielkiej klatki schodowej. Zaczęli przeciskać się pomiędzy wieszakami i stojakami, którymi zagracono pomieszczenie, choć kroki już ustały – i nastała tak martwa cisza, że słyszała nawet bicie cudzego serca.

Arytmia, stwierdziła półprzytomnie.

– Ach, cholera – syknął nagle Cameron, przyciskając dłoń do koszuli. – Dziabnął mnie.

– Bezdomny? – Katherine odwróciła się w jego stronę.

– Szczur.

– A szczur nie został w kuchni? – Tym razem to Roger rzucił mu krzywe spojrzenie. – I nie był martwy?

– Był w kieszeni – wyjaśnił, oglądając ranę. Nawet w półmroku widział, że ząbki wbiły się w ciało dosyć głęboko. Robiło mu się słabo na widok krwi, ściekającej aż do nadgarstka, więc odwrócił wzrok i policzył szybko do dziesięciu.

– Kto trzyma szczury w kieszeni?

– Ludzie z aurą Jowisza mają w kieszeni węże – mruknął, patrząc na staruszka wilkiem. Wciąż nie zapomniał o tym, jak pożałował mu filiżanki. – Ale o szczurach faktycznie nie słyszałem.

– Masz chusteczkę? Plamy krwi na parkiecie nie poprawią wartości rynkowej domu. – Roger sięgnął do połów marynarki i wyciągnął materiałową, białą chustkę. Plama krwi rozlała się po niej, kiedy przycisnął ją do ugryzienia, ale sama rana przestała już boleć i jedynie mrowiła niekomfortowo.

W końcu weszli na piętro. Parkiet był pokryty równomierną warstwą kurzu, niezmąconą nawet najmniejszym odciskiem buta – choć coś poruszało się w pokoju naprzeciwko nich.

– Lewitujący bezdomny – zawyrokował Roger, pociągając nosem. – Tacy są najgorsi.

Virginia pociągnęła Camerona za nadgarstek. Zdążył tylko wepchnąć swój nowo zdobyty widelec do kieszeni i dobyć miecza, zanim kobieta otworzyła drzwi. Zrobiła to na tyle gwałtownie, że klamka uderzyła o ścianę – ale sypialnia była zupełnie pusta.

Powoli weszli do środka. Światło latarki padało to na dwuosobowe łóżko, zaścielone białą, wykrochmaloną pościelą, to na stojące przy nim ozdobne etażerki. Na jednej z nich stała świeca. Nad zagłówkiem wisiał obraz, przedstawiający wazon z kwiatami – podobny do tego, który stał na komodzie i w którym zamiast pięknych, czerwonych róż stały jedynie zwiędłe badyle.

We wnęce stała toaletka, zastawiona flakonikami i ozdobnymi pudełeczkami. Lustro było pęknięte i zmatowiałe – ale coś poruszało się w odbiciu. Spojrzał na Virginię, ale ta klęczała na podłodze dobry kawałek dalej, przegrzebując zawartości skrzyni z bielizną pościelową.

Przebiegł spojrzeniem po ścianach. Wszystkie były zupełnie gołe, pomijając szkaradną tapetę – ale jedno ze skrzydeł otwartego na oścież okna poruszało się razem z wiatrem.

– Wyskoczył? – syknął sam do siebie, podchodząc do parapetu. Virginia stanęła obok niego, wyglądając na ogród. Na zewnątrz było tylko kilka drzew i trochę krzaków, na których rosły rachityczne, czerwone owocki.

Ostatnim co pamiętał, był pisk Virginii i jakiś gwałtowny ruch, którzy zobaczył kątem oka, zanim coś nie uderzyło go w tył głowy. Jego ciało przebiło się przez szybę i kawałki szkła wbiły się głęboko w jego ramiona i klatkę piersiową, zanim jakaś niewidzialna siła go nie wypchnęła.

Spadając, uderzył głową o jedną z gałęzi. Jak szmaciana lalka, hacząc kończynami i tułowiem o kolejny komary opadł na ziemię – resztkami sił, trzymając się na skraju przytomności. Nie mógł oddychać, jakby coś usiadło mu na klatce piersiowej i ściskało jego gardło. Czuł miecz zaciśnięty w dłoni, ale nie był w stanie go unieść, jakby przytrzymano mu nadgarstki.

Widział jedynie kolorowe plamy i błyski, wirujące mu przed oczami. Wśród nich, niezmiennie, tkwiły dwa, szkarłatnoczerwone punkty na tle czarnej, mglistej chmury.

– Cameron! – Virginia zerwała się z ziemi, na którą wcześniej odruchowo padła, żeby uniknąć ciosu. Z przerażaniem zerknęła najpierw na łoże, dociśnięte do ściany jakąś niewidzialną siłą, która złamała jedną z rzeźbionych kolumn. Przeczołgała się przez materac, żeby wyjrzeć za okno – coś zasłaniało jej sylwetkę chłopaka.

Wypadła z pomieszczenia, nie odwracając się na Katherine i Rogera, ale słyszała za sobą ich kroki. Zbiegła po schodach, po czym – podciągając spódnicę – przesadziła barierkę werandy jednym susem.

– Cameron, słyszysz mnie?

Katherine znalazła się przy niej w ciągu chwili, z rozpiętą torbą przerzuconą na ramię. W rękach trzymała ręcznik, ściągnięty z jednej półek i zwinięte w kulę bandaże. Kobiety spojrzały na siebie przelotnie, zanim uklękły przy ciele.

Nagle wszystko ucichło.  Karuzela kolorów przepadła w niebyt. Wziął głęboki wdech, niemal dusząc się powietrzem, zanim odkrztusił coś, co zaległo mu w gardle. Nie odważył się otworzyć oczu, nawet kiedy Virginia wytarła mu usta i wsunęła pod głowę coś miękkiego.

– Możesz ruszać palcami? – Katherine ostrożnie pozbyła się większych kawałków szkła z ran. – Widzisz na prawe oko?

Wypuścił broń z ręki. Każde kolejne dotknięcie sprawiało, że miał ochotę wyć z bólu – ale głos zamierał mu w gardle. Nie miał siły się szarpać. Z jego gardła wydobyło się jedynie niezrozumiałe, nieartykułowane jęknięcie.

– Na trupach było łatwiej – mruknęła pani doktor. – Przynajmniej nie drżały.

– Niech pan złapie taksówkę, panie Jacobs – krzyknęła w stronę mężczyzny Virginia, nie spuszczając oczu ze swojej współpracownicy. Nie była wrażliwa na krew, ale po raz pierwszy od kilkunastu miesięcy zrobiło jej się niedobrze, patrząc na czyjeś obrażenia. Niektóre z kawałków szkła musiały wbić się aż do kości.

Jedno z oczu Camerona było zaczerwienione i załzawione. Po policzku rozmazała mu się krew – być może pochodząca z nacięcia po uderzeniu o gałąź; być może nie. Chłopak powoli zamknął oczy, odwracając głowę na bok.

– Nie śpij. – Poklepała go po policzku i poczekała aż podniósł na nią niewidzące oczy. Pogłaskała go po włosach – nawet pod palcami czuła rozgrzaną skórę i krew, która skleiła mu kilka pasm włosów zanim skrzepła.

Dwudziesty października był pierwszym dniem, kiedy ona i Katherine pracowały razem – i przy tamowaniu krwotoków, i przy podnoszeniu ciała, i podczas tłumaczenia pielęgniarce, co się stało (atak drgawek był najlepszym na co wpadły) – bez żadnych krzywych spojrzeń i złośliwych uwag.

Dwudziestego października żadna z nich nie mogła zapomnieć.

23 października, 1920. Boston, rezydencja pana Jacobsa.

Earl odsunął jeden z foteli i pomógł Cameronowi zająć miejsce. Strzaskane żebra wciąż bolały – zwłaszcza podczas zmieniania pozycji – i rana pod okiem nie chciała się goić, choć pewnie i tak miał szczęście. Upadek z okna mógł skończyć się na czymś o wiele gorszym niż kilku połamanych kościach i rozcięciach.

– Z tej strony Roger Jacobs. Poproszę z panem Stephenem Nottem. – Starszy mężczyzna oparł łokieć na stole, niemal strącając z niego filiżankę kawy. Virginia odsunęła ją ostrożnie na bok, tuż obok zapisanych kart papieru, które przyniosła ze sobą.

– Jak mija wieczór? – odezwał się pogodny, nieco zachrypnięty głos w słuchawce.

– Byliśmy w Corbitt House.

Virginia i Cameron drgnęli niespokojnie. Po raz pierwszy w swoim życiu usłyszeli jego głos bez ani krzty emocji, ani odrobiny cynizmu i humoru. Brzmiał śmiertelnie poważnie.

– To doskonałe wieści.

– Nie zamierzamy tam wrócić – dokończył, jeszcze cięższym tonem. – Jeśli chce pan sprzedać ten dom, to niech pozbędzie się pan z niego duszy Corbitta. Panie Knott.

W pomieszczeniu atmosfera stężała na tyle, że nawet Katherine wstrzymała oddech – jakby wyczekiwali na rozwiązanie. Oczy Rogera były wbite w ścianę nad kominkiem. Wciąż były na niej gwoździe, ale obraz mrocznej postaci został zdjęty i, zgodnie z deklarację, spalony na popiół.

– Roger, co ty gadasz? – Zaśmiał się dobrodusznie. – Dachówka spadła ci na głowę? Nie wiedziałem, że wierzysz w bajki dla dzieci. Duchy?

– Tak jak powiedziałem wcześniej, panie Knott – powtórzył. – Po zwrot pieniędzy może się pan zgłosić w każdej chwili, ale nie wracamy w to przeklęte miejsce. Pan Sohä został bardzo ciężko ranny.

– Nie obchodzą mnie pieniądze – głos Stephena także stał się poważny i rzeczowy. – Podjął się pan zlecenia. Oczekuję na rezultaty.

– Czterysta dolarów – odpowiedział krótko. – Czterysta dolarów i informacje o historii tego miejsca. Jeśli nam pan nie wierzy, to niech pan idzie i sam to sprawdzi.

Roger rzucił słuchawką. Przez następnych kilkanaście minut siedzieli w zupełnej ciszy, słuchając jedynie muzyki z gramofonu i pijąc zimną herbatę. Nawet nie patrzyli na siebie, choć każde z nich dobrze wiedziało czym był Corbitt House.

– Dobrej nocy, panie Jacobs – odezwała się wreszcie Virginia, odstawiając puste naczynie na tacę. Strzepnęła spódnicę i nie czekając na pożegnanie ruszyła do korytarza, gdzie zdjęła własny płaszcz z wieszaka, zanim zdążyłby ją wyręczyć ktokolwiek inny. Cameron wstał zaraz za nią i zaciskając zęby z bólu, dogonił ją w drzwiach.

– Odprowadzę panią.

– Będę zobowiązana.

Przeszli przez Main Road i Oak Road. Gdy dochodzili do końca ulicy, brama otworzyła się po raz kolejny i ujrzeli sylwetkę panny Katherine, odchodzącej szybkim marszem w stronę starego miasta. Wciąż nie odzywali się do siebie, choć widział, że była spięta i jakby przygotowana do walki.

– Strzeżonego Pan Bóg strzeże – odezwała się w końcu, wciskając mu w dłonie niewielki woreczek z czerwonego jedwabiu. Uśmiechnęła się słabo, odwracając się w stronę swojej kamienicy, po czym uniosła rękę na pożegnanie – wręcz niepokojąco przyjacielskie. – Dobrej nocy, Cameron.

***

26 października, 1920. Boston, Dziennik Codzienny.

Z głębokim smutkiem zawiadamiamy, że dnia 25 października 1920, w wieku sześćdziesięciu pięciu lat zmarł Stephen Knott.

Uroczystości pogrzebowe odbędą się w kaplicy pod wezwaniem św. Piotra dnia 28 października, o godzinie jedenastej. Złożenie ciała do grobu po uroczystościach w Kościele na cmentarzu przy Main Road. Wyrazy żalu i współczucia bliskim składa

Sierż. Michael Wilson


Komentarze